“Pod włoskim niebem” to książka o potrzebie bliskości, czułości, kojącego dotyku dającego poczucie bezpieczeństwa. Tego spokoju i wsparcia drugiego człowieka zabrakło w życiu głównych bohaterów: rozkręcającej międzynarodową karierę sopranistki Liwii i Artura, architekta w rozwijającej swoje skrzydła firmie przebudowującej niefunkcjonalne obiekty.
Pod włoskim niebem: porozumienie zabłąkanych serc
Przypadkowe spotkanie w samolocie sprawia, że nie mogą o sobie zapomnieć. Ich znajomość wejdzie na wyższy poziom bardzo szybko. Jednak tutaj zaznaczam od razu: to nie tak jak myślisz! Sprawy się komplikują, bo w zasadzie oboje są samotnymi rodzicami i co jakiś czas muszą wyjeżdżać w delegację. Liwia ma jeszcze na karku byłego męża, który ją szantażuje i uprzykrza jej życie na każdym kroku i matkę, której wciąż się wydaje, że córka wróci do ojca Lilianki.
Miłość w kolorze cytryny
To opowieść o życiowych wyborach i korektach, do których mamy prawo. O sile, która rodzi się z bezsilności, uśpiona czeka na właściwy impuls. W końcu o macierzyństwie, samotnym rodzicielstwie, przyjaźni i miłości, tej wyrażanej w prostych gestach, zwykłym przytuleniu. A wszystko zaczęło się od zaoferowania spóźnialskiej pasażerce w eleganckiej sukni dresu na przebranie. Liwia zaś słysząc burczenie w brzuchu Artura oferuje mu pomarańcze i cytryny z kosza, który dostała po występie we włoskiej operze…
Gesty ponad słowa
Powiem jeszcze, że w jakiś sposób przebieg fabuły przypomina mi akcje telenoweli. Liwia i Artur w zasadzie niewiele ze sobą rozmawiają, większość dialogów toczy się w ich głowach i sercach. Trochę to dziwnie nienaturalne, ale rozumienie się bez słów ponoć dużo wybacza, a słowa są zbędne.
Ciepła polska obyczajówka z uczuciem rodzącym się wśród romantycznych włoskich uliczek. To coś dla Ciebie?