PRZEDPREMIEROWO! Fragmenty “Manaslu. Góra Ducha, Góra Kobiet” Moniki Witkowskiej

13 listopada kolejna premiera od wydawnictwa Bezdroża: “Manaslu. Góra Ducha, Góra Kobiet ” Moniki Witkowskiej. Tym razem będzie o górach oczami kobiety. Czy będzie to całkiem inna narracja czy całkiem podobna do tych, które wychodzą spod pióra mężczyzn? A może to nie o to w tym wszystkim chodzi? Dziś mam dla Was kawałeczki 2 rozdziałów. Zapraszam na degustację! 🙂

Fragment rozdziału „Trekking do bazy”

“Lubię ten moment na rejsach morskich, kiedy wreszcie oddajemy cumy i wypływamy, a wraz z niknącym na horyzoncie brzegiem odcinamy się od pozostawionych na lądzie spraw. Najlepiej, jeśli towarzyszy temu utrata zasięgu sieci – telefon i internet to rodzaj pępowiny, która, choć w niewidzialny sposób, łączy nas z nie zawsze ważnymi problemami. Jest nam z nią wygodnie, często się nawet od niej uzależniamy, stajemy jej niewolnikami i nie wyobrażamy sobie bez niej życia. W górach jest podobnie. Moment wyjścia na szlak to coś, co cieszy, ekscytuje, dodaje sił, pozytywnie nakręca, ale i zmienia nastawienie do wielu spraw. Nie zadzwoniłam do kogoś? Cóż, może i głupio, ale nie cofnę tego, a świat się przez to nie zawali. Rozgrywki polityczne, kursy walut, popsuta pralka, pozostawione bez odpowiedzi maile – wszystko teraz traci na znaczeniu. Liczą się spotkani na szlaku ludzie, pogoda, i to, by bezpiecznie dotrzeć tam, dokąd się zmierza. Krótko mówiąc – tryb „zabiegana codzienność” z ciągłym poczuciem winy, że się z czymś nie wyrabiam, przestawiam na „radość z życia tu i teraz”.

“I ten moment wymarzonego, wyczekanego ruszenia w góry dziś właśnie nadszedł. Treking do bazy pod Manaslu rozpoczęty. Tak po prawdzie słowo „treking” jest na razie pojęciem umownym, bo dziś akurat nie chodziliśmy, tylko jechaliśmy, i to jeszcze po cywilizowanych drogach. Oczywiście jak na warunki nepalskie. Do pokonania mieliśmy 180 km, co zajęło nam bite dziewięć godzin (fakt, z dwoma postojami). Nepal wciąż autostradami poszczycić się nie może – droga, którą jechaliśmy (jedna z głównych, łącząca Katmandu z Pokharą – drugim co do wielkości miastem kraju), nie dość, że jest wąska, kręta i spektakularnie wijąca się ponad przepaściami, to jeszcze „urozmaicona” robotami wymuszającymi ruch wahadłowy. Jest mi znana, bo przemierzam ją kolejny raz, więc widoki nie robią na mnie już takiego wrażenia, ale jest jedna rzecz, do której nie da się przywyknąć – to styl jazdy nepalskich kierowców.

Ten dzisiejszy wykazywał szczególną fantazję. Wyprzedzanie na trzeciego, jazda prawym pasem (w Nepalu jest ruch lewostronny), mijanie się na odległość centymetra przy równoczesnym gadaniu przez telefon, popijaniu coli, dłubaniu w nosie tudzież gestykulowaniu w rozmowie z siedzącym obok kumplem dawały mi dawkę adrenaliny wcale nie mniejszą niż mój pierwszy samodzielny skok ze spadochronem. Ołtarzyk na desce rozdzielczej zdradzał, że szalony kierowca jest wyznawcą hinduizmu, tak więc mógł zakładać, że czeka go kolejne wcielenie.” (…)

Moda na góry

Z innych obserwacji z jadalnianej sceny warto wspomnieć jeszcze o modzie. Można uznać, że zarówno nasza grupa, jak i inne „zachodnie”, ubrane są w stroje niewyszukane, żeby nie powiedzieć – niezasługujące na uwagę. Inaczej mówiąc, królują polary, windstoppery czy bluzy, żadne lanserskie super ciuchy. Co innego grupa chińska… Największą furorę zrobiła dziewczyna w podszytym misiowatym futerkiem płaszczyku z szerokim kapturem. Zastanawialiśmy się nawet, czy to nie szlafrok, bo przecież nie strój na atak szczytowy. Albo inna, w czapeczce à la miś z Krupówek. To już wyglądało praktyczniej, bo pewnie i dość ciepłe, ale kasku na takie cudo raczej nie założy. Ale co tam kask – najważniejsze, żeby dobrze wyglądać. Słodko, uroczo, idiotycznie… – niech każdy wybierze swoją odpowiedź. Tylko żeby nie było, że się podśmiewam ze wszystkich Chińczyków (i nie tylko ja)… Gośćmi tego samego hotelu są też Alex i Xie, czyli dwaj wspomniani już (a wręcz chwaleni) przeze mnie Chińczycy, którzy chcą zjechać z Manaslu na nartach i snowboardzie. Bardzo ich lubię, bo to super goście, w dodatku o romantycznych duszach. Zaimponowali mi też tym, że słuchają muzyki poważnej. Dziś usiedli sobie na tarasie, włączyli utwory Czajkowskiego (!) i w milczeniu gapili się na góry. Zamurowało mnie z wrażenia. Bo raz, że to takie niechińskie (większość ich rodaków jest uprzykrzająco hałaśliwa), dwa, że góry z Czajkowskim w tle nabierają jeszcze większego uroku.

Fragment rozdziału „W bazie i akcja górska”

Nasze dojście do dwójki okazało się magiczne! Znowu się przejaśniło, tak więc widokowo było obłędnie. Początkowo trochę się bałyśmy znajdującego się na tym odcinku icefallu, zwłaszcza że po Evereście słowo „icefall” budzi we mnie wielki respekt (kluczenie między olbrzymimi, mogącymi się w każdej chwili zawalić blokami śnieżno-lodowymi z założenia nie jest bezpieczne), ale nie było źle. Trudności techniczne owszem, jakieś tam były, jednak w jakiej scenerii! Chłonąc te bajkowe widoki, dosłownie co chwila sięgałam po aparat i co i rusz docierało do mnie, jaką szczęściarą jestem, że mogę oglądać takie miejsca. No ale żeby nie było, że wspinaczka to taka sielanka, wszystko piękne, ładne i przyjemne… Coś za coś. Wysiłek, zadyszka, walka niemal o każdy krok i zdobywaną w ten sposób wysokość – też oczywiście były.

Bio autorki

Monika Witkowska: pasjonatka podróży (odwiedziła ok. 180 krajów, często podróżując samotnie, autostopem, odbijając w mniej popularne miejsca poza główne szlaki turystyczne), miłośniczka turystyki górskiej i himalaizmu. W 2015 roku zdobyła Koronę Ziemi. Ma na koncie 3 ośmiotysięczniki (Mt Everest, Manaslu i Lhotse), a także wiele innych np. Matterhorn czy Ama Dablam. W góry jeździ też „zawodowo” jako pilot-przewodnik, prowadząc grupy m.in. na Kazbek, Elbrus, Kilimandżaro czy w Himalajach. Inne pasje Moniki to przede wszystkim żeglarstwo morskie. Dwukrotnie opłynęła jachtem Przylądek Horn, przepłynęła Pacyfik i Atlantyk oraz Przejście Północno-Zachodnie (trasa między Grenlandią a Alaską). Więcej o autorce na jej stronie internetowej Facebooku.

Czytaj także recenzję książki Miłki Raulin

Detalistka
O mnie

Przede wszystkim uważna obserwatorka, wyczulona na absurdy życia codziennego oraz detale, czyli te ułamki rzeczywistości, które robią różnicę. Zapraszam do zapoznania się kolejnymi odsłonami mojej detalistycznej wizji świata. Będzie poważnie i ironicznie, o tym co istotne, o tym co budzi emocje, o rzeczach, zjawiskach i osobach wartych uwagi.

1 komentarz

Napisz komentarz